Dodano dnia: 6 lutego 2010 | Dodaj komentarz | Share
Obejrzałem ostatnio, po raz pierwszy zresztą, program „Ultimate Survival”. Przyznam szczerze, że byłem mocno zaskoczony, nawet podekscytowany ale także – zniesmaczony.

Niestety ale program ten to kolejny dowód na to, że w telewizji znajdziemy to, co się sprzedaje. A Bear Grylls sprzedaje się jak świeże bułeczki na targu. Na ekranie bohater wprowadza nas w tajniki przetrwania – a to chowa się w rozciętym brzuchu wielbłąda, a to spija wodę wyciśniętą z przetrawionego jedzenia, dopiero co wyciągniętego z żołądka, a to zjada wnętrzności i rozkładającą się skórę zebry, której resztki pozostawiły nawet hieny.

Pytanie po co?

Być może większość widzów i fanów programu poczuje się tym samym bezpieczniej – może kiedyś znajdą się w podobnych opresjach? Zastanawiam się, ilu z tych widzów kiedykolwiek oddaliło się od europejskich enklaw, w których wygodnie i hucznie spędzają wakacje. Zakładając nawet, że 1 promil znajdzie się w ekstremalnych warunkach jak Bear Grylls na ekranie – który z nas będzie w stanie zabić, jakby nie było dużego wielbłąda, i następnie zjeść spod jego skóry świeży kawałek tłuszczu lub napić się wody wprost z żołądka? No i czym zabić takiego wielbłąda? Ręką? Tajemniczym ciosem rodem z filmów kung-fu? Scyzorykiem? Podobno mam sporą wyobraźnię ale jakoś tego nie kupuję.

Zdaję sobie sprawę, że człowiek w skrajnych warunkach potrafi zdobyć się na „niemożliwe”. Choćby drużyna futbolistów, która rozbiła się w Andach. Żeby przeżyć musieli zjadać ususzone kawałki mięsa, wyciętego z tylnej części nieżyjących kompanów. To zdarzyło się naprawdę. Nie neguję tego, być może w podobnej sytuacji zachowałbym się tak samo. Z prostej przyczyny – żeby przeżyć. Rozmawianie w ciepłym zaciszu domu czy zrobilibyśmy tak czy inaczej – to czysta filozofia. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć swojego zachowania w tak skrajnych warunkach. Być może i jakoś powaliłbym tego wielbłąda, być może i zjadłbym w głodzie gnijące mięso zebry. Tylko co dalej? Tego już Pan Grylls w swoich kolejnych popisach nie mówi.

Wracając jednak do tematu samego programu, który skłonił mnie do napisania tego tekstu. Jako niepoprawny romantyk zacząłem zastanawiać się, gdzie podziały się dawne podróże i ich idea? Wraz z otwarciem przez Thomasa Cook’a pierwszego biura turystycznego w 1841 roku i następnie przemianami w transporcie – świat skurczył się do kilkunastu godzin lotu i kilku przesiadek. Nie ma i nie będzie już Kolumba, nie będzie już Vasco da Gama czy Magellana. Przeminął czas Nowaka, Hillary’ego i Tenzinga. Wszystko nabrało niewyobrażalnego tempa, prostoty, w których brak ideologii i poświęcenia. Ot wystarczy wsiąść do samolotu by po kilku godzinach być w zupełnie innym miejscu, kulturze, przyrodzie. Nie mamy nawet czasu, żeby przyzwyczaić się do zmieniających się krajobrazów, temperatury, klimatu, ludzi.

Dziś liczy się tylko wygodna i tania turystyka, w telewizji bryluje podróżniczy i nie tylko show. W ten sposób poznajemy kraje i obce kultury – zamykając się w hotelu, w zamkniętych kompleksach, przerysowaną i kiczowatą „kulturą” danego kraju. Nasza wiedza ogranicza się do miłego Pana ze stoiska z biżuterią, jazdy na wielbłądzie, wizycie w berberyjskiej, „unikatowej” wiosce. Podróżując przed ekranem jest podobnie - widzowie poznają świat przez biegającego po dżungli - jak po podwórku u babci - Grylls’a, który za wszelką cenę chce udowodnić, co jeszcze głupszego można przed kamerą zrobić. Pomijając fakt, czy program ten jest od A do Z wyreżyserowany czy nie, nie podoba mi się ten kolejny wariat na styl Steve’a Irvina z Australii (który zginął zresztą uderzony kolcem płaszczki) tak jak nie lubię programów Wojciecha Cejrowskiego i jego impertynencji w stosunku do ludzi, których przedstawia. Teraz liczy się podróż, która będzie najbardziej ekstremalna, najbardziej widowiskowa – najlepsza i unikatowa! Rodzi to pomysły typu „z lodówką przez świat”, „przejść Afrykę w czerwonym berecie” czy „wędrówki po Andach, oczywiście tyłem na przód”. Chęć zaistnienia, zrobienia czegoś inaczej, niestandardowo czyli „lepiej” - jest silniejsza niż zdrowy rozsądek.

A niech tam! Niech sobie jeżdżą na hulajnodze przez świat, niech skaczą na rękach po Afryce, niech jeżdżą jak chcą! W końcu każdy ma prawo do własnej idei podróżowania, prawo do rozsądku czy zrobienia z siebie głupka, zgodnie z terminem „turystyka”, który można określić: „[…]zjawisko przestrzennej ruchliwości ludzi, które związane jest z dobrowolną zmianą miejsca pobytu, środowiska i rytmu życia.”.

Jestem przekonany o tym, że można inaczej, że jest grupa ludzi, dla których podróż do określonego miejsca nie jest celem samym w sobie. Może i są banalni w swej idei, może i używają patosów chcąc wyrazić swoje emocje i wzruszenie. Nie potrzebują luksusów ale też i udowadniania, że ich podróż była lepsza czy gorsza. Z całą odpowiedzialnością za „stracone” emocje, z całym szacunkiem dla pozostałych turystów i ich wyborów – podpisuje się pod tą grupą nogami i rękami, nawet jakbym miał stać na głowie.










Jak się nazywasz:
Twój komentarz: